X


[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przyjęła je i ruszyli w dół Siennej.Oszołomiona, że wreszcie jest z nim, wsparłasię na nim ciężko.Siła promieniująca od niego podbiła ją całkowicie.- Było moim pragnieniem zatrzymać cię, paść przed tobą na kolana i błagać,byś nie odchodziła.Ta odpowiedz usunęła resztki gniewu.Zdała sobie nagle sprawę, że mówił wlangue d'oc. 86Jakże tedy miałby być Włochem?- Nie uczyniłem jednak podług pragnienia - mówił dalej w zamyśleniu.- Wiem,pani, na co się narażasz.Chciałem wiedzieć, czy przyjdziesz bez przymuszenia iwbrew wszelkim przeciwnościom.Zadrżała na wspomnienie niebezpieczeństwa.Była przed chwilą w opałach.Te-raz, kiedy szli razem, wiedziała, że przekroczyła dozwolony próg.Jeśli zobaczą ichtutaj, będzie to oznaczało jej koniec.Czuła, że ogarnia ją dziwne podniecenie na myśl o niebezpieczeństwie.Ucisk wżołądku i zimne dłonie nie sprawiały, że czuła się nieszczęśliwa, wręcz przeciwnie,wybrać niebezpieczeństwo, zmierzyć się z nim, miast tylko odeń ucierpieć, byłouczuciem porywającym.Teraz pojmuję chyba odrobinę, dlaczego mężczyzni idą nawojnę, pomyślała.Zatrzymali się przed porządnie wyglądającym trzypiętrowym domem o krytejtynkiem, drewnianej fasadzie.- To dom Wilhelma Księgarza - poinformował Orlando.- Tu przy winie gawę-dzą ci, którzy miłują książki.- Słyszałam o nim - odrzekła Nicoletta.O Wilhelmie szeptali między sobąmłodsi dworacy.Tutaj zbierali się co bardziej wolnomyślni studenci i śmiało wygła-szali heretyckie poglądy.W jej dzisiejszym nastroju do przygód było to bardzo sto-sowne miejsce.Otworzył przed nią drzwi.Wzięła głęboki oddech i weszła do wnę-trza.Oślepiło ją światło licznych świec.Kiedy oczy przywykły już do jasności, ujrzałazłożone na stołach setki tomów.Dwóch krzepkich pomocników księgarza pilnowałodrogich woluminów.Szybko spuściła oczy i naciągnęła głębiej kaptur.Orlando prowadził do następnych drzwi, weszli do nieco słabiej oświetlonej izbybez okien.W mroku, przy małych stolikach siedzieli, popijając i rozmawiając pół-głosem, goście.Nicoletta słyszała, że ludzie przychodzący do Wilhelma mieli śmia-łość rozprawiać o magii, a nawet oskarżać baronów i biskupów o łupienie biedoty.Taka mowa mogła się skończyć dla śmiałka w lochach Inkwizycji.W głębi izby stał oparty o ścianę jakiś młodzieniec przygrywający na irlandzkiejharfie.Miał mocno skręcone jasne włosy. 87Z figlarną miną skłonił się niemal niewidocznie Orlandowi, gdy oboje szybko szlido stołu w mrocznym zakątku.Zastanawiała się, czy ten młody człowiek był jednymz tych celujących w sprośnościach, wyklętych poetów Dzielnicy Aacińskiej znanychjako les Chiens Enrag�s, Wściekłe Psy?Młodzieniec uderzył w struny i w izbie zaległa cisza.Nicoletta, drżąc z podniecenia, słuchała uważnie.Nasz Pan dla siebie nie miał nic,i żył z jałmużny dobrych ludzi.Nasz Papież myli dziś tę myśli żyje z tego, co wyłudzi.Nicoletta przyłączyła się niespodzianie dla siebie do gromkich śmiechów, któregruchnęły po izbie.Pieśniarz na pewno był jednym z Wściekłych Psów.Co za radość, nie słyszałam niczego podobnego, od kiedy poślubiłam Almaryka.Nikt nie poważyłby się na coś takiego w Ch�teau Gobignon, a tym bardziej w kró-lewskim pałacu.Ta izba na tyłach domu księgarza przywodziła jej na myśl dom rodzinny, dzie-ciństwo, swobodne rozmowy prowadzone przy ojcowskim stole.Odwróciła się zuśmiechem do Orlanda.Odpowiedział na jej uśmiech.Nie mogę dać się ponieść uczuciom.Jeszcze nie teraz.- Co byś powiedziała, gdybym rzekł, że to mój giermek i moja piosnka? - zapy-tał Orlando.W tym momencie przysadzisty, brodaty mężczyzna wniósł dwa gliniane naczy-nia wypełnione złocistym winem z Ille de France, które bez słowa postawił na stole,po czym natychmiast zostawił ich samych.Pomyślała, że szanowano tu samotnośćOrlanda.Muszę mu teraz zadać kilka pytań postanowiła.Wahała się jednak.Od chwili,kiedy wyłonił się nagle z mroku ulicy, wszystko było tak cudownie podniecające.Jeśli teraz jego odpowiedzi okażą się kłamliwe, cała jej miłość obróci się w proch.Zobaczyła w jego oczach ciepło, które dodało jej odwagi, żeby zacząć.- Dziwne to dla mnie, że człowiek, który pisze szydercze piosnki o papieżu,idzie z krzyżowcami przeciw katarom.Po której stronie jest twa wierność, panieOrlando? 88- Pozwól rzec od razu, że nie nazywam się Orlando, ale Roland, Roland deVency.Jak ty, rodem z Langwedocji.Była zaskoczona.A może nie? W gardle uwiązł jej nerwowy chichot.Położyładłoń na sercu.- Dlaczego mi to mówisz?- Oddaję swoje życie w twoje ręce, mi dons.Mi dons! Ogarnęła ją fala radości.Tymi słowami trubadur oznajmiał swe całko-wite posłuszeństwo wobec wybranki serca.Natychmiast jednak pojawiło się ziaren-ko nieufności.- Dlaczego używasz fałszywego imienia?Uśmiechnął się w odpowiedzi.- Jestem banitą.Mój ojciec, Arnold de Vency, podobnie jak większość rycerzy zLangwedocji, walczył o swój kraj przeciw krzyżowcom i inkwizytorom.I ja to czyni-łem, kiedym dorósł.Groziło nam, że nas pojmają.Za każdym razem, kiedy któryś znich ginął z naszej ręki wieszali dziesięciu wieśniaków [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ciaglawalka.htw.pl